Upłynęło wiele czasu, a Leparowie nie podjęli żadnych działań przeciw niej. Nie wysłali żadnych zabójców, może dlatego, że postanowili działać powoli, a może dlatego, że chcieli być całkowicie pewni, zanim podejmą tak poważne i niebezpieczne kroki. Z pewnością martwili się i zastanawiali nad tajemniczymi okolicznościami niespodziewanej śmierci ich agenta na Dakkarze. Wskazywała ona na istnienie groźnej luki w ich wiedzy, którą w typowy dla siebie sposób, będą chcieli wypełnić, zanim zaczną działać.
Przygotowała się najlepiej, jak mogła.
Pół roku minęło od jej ucieczki z Dakkaru, zanim pojawiło się dwóch Leparów. Przebrani za specjalistów od urządzeń sanitarnych, zabrali się do pracy przy uniwersyteckich wodociągach, do czego mieli specjalne zdolności. Choć przeszła blisko, żaden nawet nie spojrzał w jej kierunku.
Mimo, że nie miała wątpliwości, co do ich prawdziwych zamiarów, nie zmieniła swego normalnego trybu życia, trzymając się codziennego rozkładu zajęć nawet w obliczu niewypowiedzianego zagrożenia. Przyjaciele zwracali uwagę na jej stan podwyższonej czujności i napięcia. Dziękowała za troskę, rozpraszając ich niepokój bez komentarzy.
Robotnicy byli ostrożni. Dopiero po dłuższym czasie, pewnego wieczoru, gdy pracowała dłużej niż zwykle, drzwi do jej biura zaświergotały, sygnalizując gości. Zewnętrzna kamera pokazywała bezmyślną twarz jednego z Leparów. Jego czarne oczy były bardzo smutne, a ich niewinna ekspresja całkowicie rozbrajała. Odpowiadając na pytanie, poinformował ją, że ich praca przeniosła się teraz w ten koniec budynku i żeby móc kontynuować ją, proszą o kilkuminutowy dostęp do biura.
- Bez wątpienia była to prawda - pomyślała.
- Nie zajmie nam to długo - powiedział przez głośnik przy drzwiach. - To z pewnością też prawda.
Odmowa mogła jedynie opóźnić nieuniknione, a dodatkowo, potwierdziłaby wszelkie ich podejrzenia. Ukończyła ogólne katalogowanie swoich materiałów i jej życie, zarówno osobiste, jak i zawodowe było uporządkowane. W pewnym sensie poczuła ulgę. Była już bardzo zmęczona.
Uruchomiła fotokomórkę i drzwi rozsunęły się, by ich wpuścić.
Ciągle byli ubrani jak pracownicy wodociągów. Długie kamizele i szerokie pasy kryły szereg zamkniętych kieszeni, wypchanych narzędziami i ekwipunkiem. Ten, który przemawiał wszedł kołysząc się do pomieszczenia i wyminąwszy ją, skierował się do urządzeń sanitarnych, mieszczących się w tylnej alkowie. Jego towarzysz również wszedł do środka i swobodnie stanął w pobliżu drzwi, z prawdziwym zainteresowaniem przyglądając się podobiznom otchłani, zdobiącym ściany.
- Nie będziemy tu długo. - Bulgoczący głos nie zdradzał ukrytych zamiarów. - Musimy sprawdzić ciśnienie i przepustowość, zanim przejdziemy do następnego biura.
Lalelelang nie ruszyła się z roboczego gniazda, usytuowanego za delikatnym, rzeźbionym łukiem jej terminala.
- Nic takiego nie musicie robić. Jesteście tutaj, by mnie zabić.
Płaska, bulwiasta twarz wyjrzała z alkowy sanitarnej, a hebanowe oczy błysnęły w świetle lamp. Na zewnątrz pojedynczego okna mięsożerny yhastas szybował tuż poniżej wschodzącego księżyca, fluoryzujący blask bijący w ciemności od tego nocnego lotnika był źródłem migotliwej zieleni. W biurze zapanowała całkowita cisza. Przerwał ją Lepar przy drzwiach.
- Cóż za dziwne stwierdzenie, Wielmożna Akademiczko.
- Dziwne? Zamierzacie mnie zamordować, ale najpierw chcecie być całkowicie pewni. Leparowie chyba nigdy nic nie robią, zanim się nie upewnią. Z pewnością szukaliście wyjaśnienia śmierci swego kolegi na Dakkarze. Próbował mnie zabić w moim apartamencie, ale to on umarł. Potem pośpiesznie opuściłam Dakkar. Wiedziałam, że pomimo początkowego niedowierzania, drogą cierpliwego śledztwa i eliminowania wszystkich innych możliwości, dojdziecie w końcu do wniosku, że to ja go zabiłam. Jestem tylko zdziwiona, że nie przybyliście wcześniej.
Ziemnowodni patrzyli bez słowa. Wreszcie ten, który pierwszy mówił, wyłonił się z alkowy, trzymając w ręku broń. Przyjrzała się jej z profesjonalną obiektywnością. Zbudowana całkowicie z innych, niż metalowe części, była większa od tej, którą nie tak dawno grożono jej na Dakkarze. Nie była też taka wyrafinowana. Jej twórcy nie podjęli żadnych prób ukrycia jej przeznaczenia. Gdy uzbrojony osobnik wszedł do wnętrza pokoju, jego towarzysz wyjął podobny przedmiot z wewnętrznej kieszeni kamizelki.
Jaka tym razem będzie metoda? Znowu trucizna, kule, eksplodujące wewnątrz ciała śruciny, czy też coś, czego nawet nie potrafiła sobie wyobrazić? Ale to i tak nie miało znaczenia.
- Wasz kolega zamierzał mnie zabić. Więc ja musiałam zabić jego.
- Jesteśmy bardzo ciekawi, jak ci się to udało. - Drugi z nich blokował teraz drzwi swoim ciałem. - Nie wierzono, by jakikolwiek Wais był do tego zdolny.
- Oddaję cześć waszej ignorancji. - Bliskość śmierci wyzwoliła w niej przebłyski czarnego humoru. - Jestem wyjątkowa.
Napastnik wydał z głębi gardzieli pomruk satysfakcji. Dźwięk rozchodził się w powietrzu równie dobrze jak pod wodą.
- Dziękujemy ci za potwierdzenie. Teraz zginiesz.
Lufa broni uniosła się.
- Nie zrobisz tego.
- Czy chcesz zakończyć życie na kłótni? - Lepar przy drzwiach zrobił jakiś gest i jego kompan przerwał. - Dlaczego nie? - zapytał.
- Jest wiele powodów. Czy myśleliście, że ja nic nie zrobię, tylko będę spokojnie czekać, aż przedstawiciele waszego gatunku zlokalizują mnie i zabiją kiedy zechcą? Czy uważaliście, że obroniwszy się raz, nie zrobię tego ponownie?
- Od naszego przybycia na Mahmahar wielokrotnie sprawdzaliśmy cały budynek, a zwłaszcza ten pokój. Nie ma tu żadnych dowodów istnienia jakichś zabezpieczających mechanizmów, żadnych skomplikowanych alarmów, automatycznej broni, ani uruchamianych głosem, czy ruchem przekaźników. Nic. Poza tym jest nas dwóch i obaj jesteśmy uzbrojeni. Cokolwiek poszło źle na Dakkarze, tutaj się nie powtórzy. Jesteś bezbronna.
- Nie, nie jestem.
Jej dziób lekko zaklekotał, a pióropusz ułożył się płasko na głowie. Obaj napastnicy wymienili spojrzenia.
- Puste słowa - stwierdził ten przy drzwiach.
- Od kiedy przybyliście na tę planetę śledzicie moje ruchy. Czy nie przyszło wam do głowy, że mogę śledzić wasze?
Zerknęła w prawo. Drzwi do tylnego magazynku otworzyły się i wyszedł z nich ziemiański żołnierz. Lepar blokujący wejście powoli mrugnął w typowy dla swego gatunku sposób, zaś jego towarzysz bezwiednie cofnął się o krok. Ostrożnie opuścił broń. To było rozsądne, ponieważ młoda Ziemianka była uzbrojona po zęby i mogła natychmiast otworzyć ogień. Górowała nad nimi wszystkimi.
- Co chcesz, żebym zrobiła, Szanowna Pani? - warknęła bojowo.
- Na razie nic. - Lalelelang przyjrzała się swoim gościom. - To Pilą. Jest nie tylko w pełni wyszkolonym żołnierzem, ale także członkiem Kadry. Ziemianin Straat-ien przez wiele lat był moim dobrym i wiernym przyjacielem. Bardzo mało wiedziałam o jego rodzinie i krewnych, ale pomyślałam sobie, że jestem im winna przynajmniej relację o okolicznościach jego śmierci. Ponieważ zostałam poinformowana o tym, że Leparowie potrafią stawić opór sugestiom zarówno ich, jak i Ampliturów, oraz, że wasza rasa zdaje sobie sprawę z ich istnienia i specjalnych umiejętności uważałam, że podzielenie się tymi informacjami z Ziemianami z Kadry będzie właściwe.
Przerwała, by to co powiedziała, w pełni do nich dotarło. Gdy doszła do wniosku, że upłynęło już dość czasu, kontynuowała:
- Teraz wy wiecie o nich, a oni wiedzą o was i wszyscy zainteresowani mają równe szansę.
- To szaleństwo. - Lepar stojący w pobliżu alkowy próbował podzielić swą uwagę między opanowaną gospodynię, a czujną i bardzo imponującą Ziemiankę. - Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłaś? Ona zabije nas wszystkich!
- Powiedziałam wam, że Ziemianin Straat-ien ufał mi. Przekazując wszystko co wiem jego przyjaciołom, zyskałam również i ich zaufanie. Pilą mi ufa. Gdybym była na waszym miejscu, nie robiłabym nic, co mogłoby ją zdenerwować. Straat-ien był jej bardzo bliski.
Zauważywszy, że kobieta ma jeden z wszechobecnych translatorów, Lepar przy drzwiach zwrócił się do niej:
- Czy twoi ludzie nie widzą niebezpieczeństwa, jakie stwarza ta istota? Jeśli ją wyeliminujemy, będziemy mogli zachować nasze sekrety.
Ziemianka tylko się uśmiechnęła. Obaj Leparowie odruchowo zadrżeli.
Lalelelang próbowała ich uspokoić;
- Nie musimy przelewać więcej niczyjej krwi w niecywilizowany sposób. Kadra wam nie ufa, a ja wiem, że wy darzycie Kadrę respektem, ale nie koniecznie zaufaniem.
- Jak moglibyśmy im ufać? - wyraził swą opinię ten spod drzwi. - Przecież są Ziemianami!
- No właśnie. Ale oni ufają mnie. Gdybyście tylko obdarzyli mnie podobnym szacunkiem, wtedy obie strony zyskałyby coś ogromnie cennego, mediatora.
- Ty? - Niedoszły zabójca wybałuszył na nią oczy. - Ty jesteś uczoną, a nie dyplomatą.
- A cóż to jest dyplomacja, jeśli nie doświadczenie poparte zdrowym rozsądkiem? Jestem Waisem. Nie faworyzuję ani Ziemian, ani Leparów. Jestem lepiej przygotowana do pełnienia takiej roli, niż jakikolwiek przedstawiciel innej, inteligentnej rasy. Wcale tego nie pragnę, ale nie widzę sposobu, by się teraz wycofać. - Przerwała, by zaczerpnąć powietrza. - Przychodzą takie rzadkie momenty w życiu każdego, że gorąco się pragnie, by potrafić działać w niecywilizowany sposób. Tylko tego zazdroszczę Ziemianom. - Wyrwał się jej długi, melancholijny gwizd. - Jedyne, czego zawsze pragnęłam, to oddać się działalności badawczej, zgromadzić wiedzę i z niej destylować mądrość. Nie chciałam udawać dyplomaty, ani pośrednika, ani rozjemcy. Warunki mi to narzuciły.
Lepar przy drzwiach zwrócił się do Lalelelang, podejrzliwie spoglądając na żołnierkę:
- Czy każesz nas zabić?
Nie poruszył pistoletem, który trzymał w ręku, wiedząc, że najlżejsze podejrzenie o nieprzyjazny gest przyniesie natychmiastową śmierć jemu i jego towarzyszowi.
- Nie! - Gwałtowność jej odpowiedzi zaskoczyła wszystkich obecnych, łącznie z obrończynią-Ziemianką. - Jestem odpowiedzialna za śmierć już jednej rozumnej istoty. I choć działałam jedynie w obronie własnej, było to nadzwyczaj niemiłe doświadczenie, którego nigdy nie zapomnę. Nie mam zamiaru jeszcze raz przez to przechodzić.
Jej grubo pomalowane rzęsy trzepotały.
- Do czego dążymy? Wy chcecie zapewnić sobie bezpieczeństwo i utrzymać wasz sekret przed Gromadą i byłymi wrogami. Nie macie powodu obawiać się Ziemian z Kadry, ponieważ jesteście odporni na ich sugestie. Jeśli wy zdradzilibyście ich sekret, oni zwróciliby się przeciwko wam. Może potraficie opierać się im umysłowo, ale zmuszeni bylibyście stawić czoło jeszcze innym umiejętnościom Ziemian.
- Widzisz - odezwał się jeden z Leparów do Ziemianki. - Próbuje napuścić nas na siebie, by ocalić swoje życie.
- Moje życie? Moje życie? - powtórzyła ciszej. - W imię nauki dobrowolnie ryzykowałam gwałtowną śmierć w prawdziwych walkach, coś, czego żaden Lepar nigdy by nie zrobił. Dwukrotnie grozili mi przedstawiciele waszej rasy. Już wiele razy żegnałam się z życiem. Nie obawiam się zaryzykować jeszcze raz.
- Zabij ją. - Lepar przy drzwiach z przejęciem zwrócił się do kobiety. - Ona stwarza komplikacje. Możemy się dogadać między sobą, bez pomocy niebezpiecznego pośrednika. Dopóki żyje, stanowi zagrożenie dla obu naszych gatunków.
Nie spuszczając nawet na sekundę oczu z obu ziemnowodnych, Ziemianka przemówiła po raz drugi:
- Nie. Ona jest użyteczna. Nevan... Pułkownik Straat-ien tak uważał i moi zwierzchnicy zgadzają się z tym. Zawsze była wobec nas uczciwa i dobrze nam doradzała. - Ziemianka popatrzyła na siedzącą w gnieździe Lalelelang z mieszaniną lęku i podziwu. - Nie wiecie wszystkiego. Ona tak wszystko urządziła, że bardziej niebezpieczne byłoby ją zabić, niż pozwolić jej żyć.
- Musiałam tak zrobić - spokojnie wyjaśniła Lalelelang.
- Nic z tego nie rozumiem - sapnął pilnujący wejścia. - Nie jesteśmy bystrzy i musisz wyjaśnić wszystko powoli i dokładnie, byśmy to pojęli.
Lalelelang nabrała dużo powietrza w płuca:
- To wcale nie jest takie skomplikowane. Po... zabiciu... waszego agenta, zdałam sobie sprawę, że pewnego dnia możecie spróbować mnie zgładzić, by zapewnić sobie bezpieczeństwo. W związku z tym umieściłam szereg bardzo pojemnych paciorków pamięci, zawierających całą moją wiedzę w rozmaitych miejscach na obszarze całej Gromady. Te planety pozostaną tajemnicą.
Leparowie nic nie powiedzieli, ani nie zareagowali, tylko uważnie słuchali.
- Jeśli umrę i przestanę wysyłać w te miejsca pewne specyficzne sygnały w określonych odstępach czasu, uruchomiony zostanie mechanizm, w wyniku którego paciorki pamięci zostaną przekazane szeregowi nieprzekupnych organizacji, odpowiedzialnych za niezależne szerzenie informacji. Tajemnice Leparów i Kadry staną się wszystkim znane.
- A co się stanie, jeśli zginiesz przypadkiem? Jeśli potrąci cię jakiś pojazd, który wymknął się spod kontroli, albo jeżeli umrzesz z naturalnych powodów? - odezwał się Lepar przy drzwiach.
- Kiedyś wyślę sygnał, który wyłączy ten mechanizm, oraz wykasuje zawartość paciorków. Jestem zdrowa - popatrzyła na pilnującego wejścia w bardzo nie-waisowski sposób - i mam zamiar dalej nie chorować. Tymczasem przedstawiciele Kadry i Leparów muszą pilnować, by nie spotkał mnie żaden nieszczęśliwy wypadek.
- Żądasz, żebyśmy nic nie zrobili, w ogóle nie zareagowali?
- Nie macie innego wyboru.
- Wcale nie jesteśmy z tego powodu szczęśliwi - skomentował drugi Lepar - ale muszę wyrazić swój podziw. Przeciwstawiłaś się jednej całej rasie i części drugiej.
- Nie robię tego dlatego, że tak kocham życie - odrzekła. - Żyłam wystarczająco długo, by być rozczarowaną większością tego, co widziałam. Ale i tak teraz jest lepiej, niż w czasach, w których się urodziłam i kto wie, może dzięki zrozumieniu i uświadomieniu sobie metod działania Ampliturów i potencjalnie regresywnej natury rodzaju ludzkiego, jeszcze się polepszy. Jeszcze raz podkreślam, że nie podoba mi się to wszystko.
Wskazała na Ziemiankę:
- Współbracia Pili chcą tego samego, co wy. Leparom bardzo wyjdzie na zdrowie, jeśli wśród Ziemian będzie frakcja, której mogą zaufać. Myślę, że możecie sobie nawzajem pomagać i dobrze ze sobą współpracować. Tak, czy inaczej, teraz będziecie musieli.
Zamachowcy zastanawiali się. Albo z niezwykłej odwagi, albo z głupoty, ten pod drzwiami powiedział:
- Nie można ufać Ziemianom.
Odpowiedziała mu kobieta-żołnierz:
- Nam możecie zaufać. My jesteśmy inni. I nie możemy mieszać w waszych głowach. Jesteście bardziej do nas zbliżeni, niż ktokolwiek inny, nawet Massudzi.
Pilnując się, by użyć pustej ręki, Lepar wskazał na Lalelelang:
- A dlaczego po prostu jej nie zasugerujesz? Każ jej szczegółowo ujawnić schemat transmisji i miejsca ukrycia tych niebezpiecznych paciorków, żebyśmy mogli je unieszkodliwić.
Ziemianka uśmiechnęła się:
- Czy myślisz, że nie pomyśleliśmy o tym od razu, gdy nam to wyjawiła? Wcześniej przygotowała wszystko, tak, że nie mogliśmy jej tknąć, podobnie jak wy. Zasugerowanie jej, jeśli w ogóle udało by się, uruchomiłoby specjalne procedury, którymi się zabezpieczyła. Ona ma silną wolę. Nie, manipulowanie w tym momencie jej umysłem jest zbyt ryzykowne. A poza tym, to, co mówi, ma sens. Możemy sobie nawzajem pomóc. Z własnego doświadczenia, jako członek Kadry wiem, jak ciężko jest, jeśli cały czas jest sią odizolowanym od innych, jeśli ciągle trzeba uważać. - Roześmiała się krótko. - Nikomu nie przekażemy waszych tajemnic, jeśli wy nie wyjawicie naszych.
- Sądzę, że zrozumiałem to, co masz na myśli - odpowiedział Lepar - Zachowacie w tajemnicy naszą odporność na penetrację umysłu zarówno przez Kadrę, jak i Ampliturów?
- Tak. Pod warunkiem, że wy zrobicie to samo, jeśli chodzi o nasze istnienie. Wspólnie będziemy monitorować mój własny, awanturniczy gatunek, oraz poczynania Ampliturów. Wy macie łatwy dostęp do osób i miejsc, które często są dla nas nieosiągalne i odwrotnie. Myślę, że znajdziecie w nas dobrych przyjaciół i wartościowych sprzymierzeńców. - Wzruszyła ramionami. - Poza tym, to jest jedyne racjonalne wyjście z sytuacji, które zostawił nam ten kanarek, Leparowie popatrzyli na siebie.
- Nie mamy odpowiednich pełnomocnictw, by zatwierdzić takie porozumienie.
- Rozumiem. Przekażcie wszystko, co się tu wydarzyło swoim przełożonym. - Skinęła głową w stronę zamyślonej Lalelelang. - Wiesz, jak nas znaleźć, a i my doskonale wiemy, jak znaleźć ciebie.
- Odłóżmy teraz naszą broń. - Bardzo powoli obaj ziemnowodni wsunęli broń do odpowiednich kieszeni. Gdy skończyli, strażnik przy drzwiach wykonał w stronę Lalelelang dziwny, płytki ukłon. - Zrobiłaś tu kawał dobrej roboty, Akademiczko. Nigdy bym się tego nie spodziewał po Waisie, a zwłaszcza po uczonej.
- Uogólnienia są zawsze niebezpieczne - odpowiedziała. - Nie jestem takim sobie, zwykłym Waisem.
- W tym punkcie wszyscy tu obecni jesteśmy zgodni - żarliwie wtrącił Lepar.
- Coś jeszcze nas łączy - dodała - czy może nie zauważyliście?
Tym razem zarówno Ziemianka jak i Leparowie popatrzyli na nią pytająco.
- Wszystkie cztery jesteśmy samicami.
- I co z tego? - spytała druga Leparka.
- Oprócz obowiązków zawodowych, ciąży na nas również odpowiedzialność za prokreację. Przynajmniej na was trzech. Ja jestem już za stara i czasem rozpaczam z powodu niewykorzystanych możliwości rozrodczych. Jeśli pójdziecie własnymi drogami, to rozważcie, proszę, jaką przyszłość stworzycie swoim, jeszcze nienarodzonym potomkom. Zróbcie co tylko możecie, by zostawić im w spadku cywilizację złożoną z różnych gatunków, żyjących w pokoju i miłości.
- Wygląda na to, że mamy małe możliwości - powiedziała strażniczka przy wejściu.
- To prawda. - Ziemianka zdecydowanie kiwnęła głową. - Doprowadziła do tego, że to, czy ona żyje, czy umrze nie miało już dłużej znaczenia. Usunęła swoją osobę z tego równania i teraz stała na uboczu.
- Rozumiem cię. - Leparka przy drzwiach przyglądała się Ziemiance. - Czy to prawda, że wasz gatunek nigdy nie zaznał szczęścia, ani zadowolenia?
- Tak, z tego, czego dowiedziałam się z historii - odpowiedziała Pilą. - Zawsze byliśmy dobrzy w wojnie, ale źle znosiliśmy pokój. Może wy jesteście w stanie udzielić nam kilku rad, biorąc pod uwagę, że musimy strzec się kałamamic.
Leparka zawahała się, po czym zrobiła krok do przodu i wyciągnęła przed siebie płetwiastą, pokrytą oślizgłą skórą rękę.
- Choć to nie jest wiążące, ale uważam, że to jest właściwy sposób na przypieczętowanie umowy.
Uśmiechając się kobieta-żołnierz lekko ujęła podaną ręką. W przeciwieństwie do Leparek, nie odłożyła broni, ale tego można się było spodziewać i Leparki nie były urażone.
Lalelelang na chwilę zamknęła oczy. Nikt nie zginął, obeszło się bez walki. Wszystko poszło mniej więcej zgodnie z planem.
- Tak jest lepiej. Studiując przez całe życie Ziemian, nauczyłam się jednej rzeczy: pokój nie jest darem, jest jak nigdy nie dokończona budowla. Takiego czegoś nie można zrobić bez pomocy. Każdy gatunek wniesie do procesu konstrukcyjnego inne talenty.
Ziemianka i Leparki obróciły się do niej:
- A ty? - zapytała ziemnowodna. - Pomożesz?
- Nie w tym procesie. Nie potrzebujecie mnie, a poza tym niewiele mogę zrobić.
- Możesz nas uczyć, o Ziemianach. Wiesz o nich więcej, niż jakikolwiek inny nie-Ziemianin.
Lalelelang zaświergotała lekko.
- Może, może. Jestem bardzo wyczerpana. Zobaczymy. W międzyczasie zapraszam Leparów do dalszego korzystania z wyników moich badań. Nie mam nic do ukrycia.
- Możesz być naszym interpretatorem - nalegała jedna z Leparek. - Pamiętaj, że nie jesteśmy zbyt mądrzy.
- Tylko wtedy, jeśli nie będzie innego wyjścia - opierała się zmęczona historyczka.
- Rozumiem. Będziemy się starali nic ci nie narzucać.
- My też - powiedziała Ziemianka. Z powrotem zwróciła się do ziemnowodnych; - Nie jestem sama na Mahmaharze. Teraz, gdy wy i ja ustanowiliśmy jakieś podstawy naszej współpracy, moi koledzy na pewno też będą chcieli z wami porozmawiać.
Ziemianka i Leparki wyszły razem, intensywnie korzystając ze swych translatorów.
Przez długi czas Lalelelang siedziała w swoim roboczym gnieździe, rozmyślając w bezruchu. Wreszcie wstała, zgasiła światła i opuściła budynek, nie rozglądając się na boki i niezbyt uważnie patrząc przed siebie. Jeśli jacyś Ziemianie, czy Leparowie z morderczymi zamiarami czaili się gdzieś w zasadzce, i tak nic by na to nie poradziła.
Przeszła przez atrium, pełnym fontann i kwiatów, wyludnionym o tej porze nocy i wyszła na granatowo-zielone tereny uniwersyteckie. Kwitnące nocą kremowe alariasy wypełniały powietrze dusznym zapachem. Mijali ją pojedynczy studenci i pracownicy, spacerując w powiewających strojach.
Po chwili osiągnęła szczyt okrągłego kopca. Po lewej stronie starannie przystrzygane krzaki fluelli tworzyły niski, fosforyzujący żywopłot. Maleńkie, błyszczące owady, nie większe od drobin kurzu, uwijały się wśród liści.
Uruchomiła mały odtwarzacz, który nosiła w kieszeni i stojąc bez ruchu wsłuchała się w cichą muzykę. Miała ona setki lat i skomponowana została przez Ziemianina. Pierwszego Ziemianina, z którym nawiązano kontakt, Williama Dulac'a.
Muzyka wznosiła się i opadała, pędziła naprzód i zwalniała niepewnie. Zupełnie tak samo, jak rodzaj ludzki. Wszystko, czym była ta rozjuszona, cudowna, przerażająca, wspaniała rasa, mogło być odnalezione w muzyce.
Nerwowa kakofonia wreszcie się uspokoiła, a kompozycja zakończyła się cichnącym szeptem instrumentów drewnianych i strunowych. Fascynujące dźwięki. Może pewnego dnia uda jej się zrozumieć je do końca. Z cichym trelem sygnalizującym krańcowe zmęczenie, wygięła do tyłu szyję, czego nie mógłby zrobić żaden Ziemianin, ograniczony swą potężną muskulaturą i mocnymi kośćmi. Jedyny księżyc Mahmaharu zaszedł już za horyzont i konstelacje jej rodzimej planety błyszczały jaskrawo na ciemnym niebie.
Nie wiedziała, co przyniesie przyszłość, ale wiedziała, że zrobiła co tylko mogła. Ziemianie z Kadry i Leparowie będą współdziałać, by pilnować swoich sekretów. W świetle tego osiągnięcia, uratowanie własnego życia było tylko nieistotnym dodatkiem. Cóż znaczył jeden Wais mniej, czy więcej?
Jej badania wymagały dalszego skodyfikowania, skomentowania i sklasyfikowania. Ciągle jeszcze mnóstwo roboty.
- Przynajmniej wszyscy byli grzeczni - pomyślała - nawet Ziemianka. Dobre maniery były niewątpliwie jednym z największych ustępstw dla galaktycznej cywilizacji.
Wyprostowała się i przeciągnęła, stawiając i ponownie opuszczając swój czub, oraz pióra na szyi, po czym ruszyła w dół kopca w kierunku uczelnianego środka transportu, który zawiezie ją do domu. Szła z pewnością siebie, wypływającą z wiedzy, że jeśli nawet nie zostawi po sobie pokoju, to przynajmniej odrobinę zrozumienia.
W końcu po to są uczeni...